W piątek opublikowaliśmy recenzję książki Jakuba Hankusia – zapraszamy do czytania zarówno recenzji, jak i książki. Ale jak to się stało, że YouTuber popularyzujący wiedzę o Kosmosie wśród dorosłych napisał książkę dla dzieci? Pozwól, że… sam wyjaśni!
MBZ: Jak zaczęła się u ciebie fascynacja Kosmosem?
JH: To jest trudne pytanie, bo jak można nie interesować się Kosmosem?
A mówiąc poważnie, do Kosmosu przyciągnęło mnie kilka wydarzeń. Jako dziecko oglądałem relacje z misji sondy marsjańskiej Pathfinder. To był 1996 rok, miałem jakieś 9 lat. W telewizji można było zobaczyć lądowanie, a później relacje na bieżąco. Pojawiały się problemy, bo łazik nie mógł zjechać na powierzchnię. To było dla mnie fascynujące: ludzie wysłali robota na inną planetę i on sobie po niej jeździł. Tak naprawdę ten łazik, Sojourner, przejechał nieco ponad 100 metrów i był tylko małą częścią całej misji, ale mnie jako dziecko fascynował ten “robot”. To była moja pierwsza styczność z Kosmosem. Wtedy zrozumiałem, że my, ludzie, robimy tam coś wielkiego.
Czas płynął, ja chodziłem do szkoły, skończyłem liceum. I wtedy wydarzyła się druga rzecz, która przyciągnęła mnie jeszcze mocniej do Kosmosu. To były działania SpaceX. Oni w okolicach 2015 roku zaczęli robić te sztuczki z odzyskiwaniem kawałka rakiety: pierwszy stopień rakiety wracał na Ziemię. Ja byłem świeżo po studiach i pracowałem w firmie, która zajmuje się automatyzacją, przemysłem i robotyką. Codziennością były dla mnie układy sterujące, elektronika, regulatory i tak dalej. Patrząc na to, co robi SpaceX, miałem przed oczami właśnie te rozwiązania automatyki przemysłowej, ale w wydaniu kosmicznym. Bo przecież nikt nie sterował tą rakietą. Ona robiła to sama: sama opracowywała dane z czujników, sama regulowała lot, sama się ustawiała do lądowania. To znowu było dla mnie fascynujące. I wtedy wsiąkłem w Kosmos już na zawsze, ale właśnie od tej technicznej strony.
To jest trochę zabawne: patrzymy na gwiazdy, eksponujemy inne planety, ale mnie zawsze najbardziej fascynowało to, że musimy zaplanować technikalia. Gdybyśmy porównali misje kosmiczne do wysyłania paczki kurierem, to mnie mniej interesuje paczka, a bardziej samochód kurierski. Bo rakiety to trochę takie dostawczaki. Mają dostarczyć ludzi, sprzęt i zapasy na orbitę, a czasem na inną planetę. Dopiero wtedy mogą się zadziać badania. A w nich też interesuje mnie najbardziej aspekt techniczny.
MBZ: Jesteś pewnie jednym z tych ludzi, którzy zarywają noce, żeby oglądać kolejny testowy start Starshipa od SpaceX?
JH: Tak właśnie jest. Ostatnio, przy dziesiątej próbie Starshipa, byłem świeżo po urlopie i sen wygrał z obserwowaniem startu o drugiej w nocy. Obudziłem się rano i okazało się, że miałem szczęście: start przełożono. Mogłem zarywać kolejne noce.
MBZ: Wspominałeś o Pathfinderze. Domyślam się, że czytanie “Marsjanina” to musiała być dla ciebie świetna sprawa.
JH: Rzeczywiście. Ja bardzo lubię science fiction, zwłaszcza hard science fiction. Ta książka i film na jej podstawie mocno bazują na prawdziwych technologiach i konceptach, między innymi z NASA, które są osiągalne przy naszym dzisiejszym poziomie rozwoju. W “Marsjaninie” jest prawdziwa fizyka, prawdziwa technologia i prawdziwy Kosmos. Człowiek to czyta i zastanawia się: w którym momencie to jeszcze prawdziwa nauka, a w którym autor zaczyna coś wymyślać. I na dodatek znowu trzeba wyciągać Matta Damona z opresji.
MBZ: A co w tym w tym momencie najbardziej cię fascynuje, jeżeli chodzi o rozwój technologii kosmicznych i odkrywanie kosmosu?
JH: Są trzy takie rzeczy. Pierwsza to poszukiwanie życia pozaziemskiego, a w zasadzie biosygnatur, na innych planetach. Bardzo może w tym pomóc rozwój teleskopów. Może Teleskop Webba albo powstający Extremely Large Telescope dadzą nam jakąś podpowiedź gdzie szukać.
Druga rzecz to rozwój techniki rakietowej. W tej chwili mamy problem. bo doszliśmy do bariery tego, jak może wyglądać ziemska rakieta. I nawet kiedy SpaceX zbuduje w końcu działającego Starshipa, to on dalej będzie bazował na tych samych paliwach, co inne rakiety. Istnieje limit tego, co możemy zabrać z Ziemi i wysłać w Kosmos. Marzy mi się wymyślenie czegoś zupełnie nowego, może wdrożenie silników atomowych. Tak, żeby znacznie zwiększyły się nasze możliwości.
Trzecia rzecz to badanie księżyców Jowisza. Było tam kilka sond, ale temat został ledwie liźnięty. NASA ma na przykład taki pomysł, żeby wysłać na Europę mikro łódź podwodną, żeby sprawdzić, czy faktycznie są tam warunki, w których mogłoby powstać życie.
Magda Brumirska-Zielińska: Na co dzień zajmujesz się popularyzacją Kosmosu wśród dorosłych. Skąd w takim razie wziął się pomysł na książkę skierowaną do dzieci?
Jakub Hajkuś: Tak naprawdę z inicjatywą wyszło do mnie wydawnictwo. To była ich propozycja, żebyśmy podziałali razem i stworzyli książkę dla dzieciaków. Bo rzeczywiście, działalność popularyzatorską zawsze kierowałem raczej do starszego widza. Działam na Youtubie, wśród widzów mam studentów kierunków technicznych, ludzi, którzy pracują w branży kosmicznej w Polsce. Propozycja napisania książki dla dzieci była trochę jak rzucenie wyzwania. Ale później zaczęli się do mnie odzywać inni, w tym fundacje prowadzące działania dla dzieci. I teraz robię też wykłady popularyzujące naukę dla dzieciaków. I okazało się, że chociaż moje treści są trochę trudniejsze, bardziej techniczne, to jednak przyciągają odbiorców. Chociaż możliwe, że część przyprowadzają rodzice, którzy mieli styczność z moim kanałem.
MBZ: Czy stworzenie książki dla dzieci, i to w bardzo niestandardowej formie, to było duże wyzwanie?
JH: Spore, tym bardziej, że wcześniej nie publikowałem żadnych innych książek. Na szczęście bardzo pomogła mi moja żona, która jest pediatrą i popularyzuje medycynę. I jest też pisarką z kilkoma wydanymi książkami, także dla dzieciaków. Miałem pod ręką człowieka, który był w stanie powiedzieć czy moje pomysły mają sens. Zainspirowałem się tym, że w jej książkach naukę pokazuje się przez pryzmat bohaterów, którzy coś robią. Stwierdziłem, że spróbuję zrobić taką mieszankę: książka popularnonaukowa, dużo faktów na temat Kosmosu, i do tego bohaterowie, z którymi można przeżywać przygody. Chciałem też rozprawić się z różnymi mitami na temat Kosmosu i dorzucić ciekawostki, o których mało kto wie. Plan był taki żeby to była książka naraz przygodowa i popularnonaukowa, z elementami science fiction bazującymi na naukowych faktach i istniejących już pomysłach na rozwój technologii kosmicznych.
Element przygodowy wymusił na mnie wprowadzenie takich motywów jak podróżowanie przez Układ Słoneczny w kilka minut. A nasza dzisiejsza technologia nie jest do tego zdolna. Dlatego w książce jest dwóch bohaterów. Jeden, z naszej teraźniejszości, to ten który zadaje pytania i dopiero uczy się o Kosmosie. A drugi, z przyszłości, ma to wszystko ogarnięte i może odpowiadać na pytania. W dodatku dysponuje lepszą technologią, która pozwala szybko podróżować po Kosmosie.
MBZ: Możemy w tej książce wyróżnić trzy rodzaje tekstów. Jest przygodowa opowieść o dwóch chłopcach przemierzających Kosmos. Jest część popularnonaukowa. I są opisy eksperymentów, które pomagają w zrozumieniu pierwszych dwóch części. Jak najlepiej korzystać z tej książki? Przeczytać ją w całości? Skupić się najpierw na opowiadaniach, albo na częściach popularnonaukowych?
JH: Myślę, że każdy rodzic ze swoimi dzieciakami znajdzie własny przepis. Czytelnicy opowiadają mi, że to często jest wspólna robota: rodzic czyta z dzieciakami, wspólnie przeżywają tę przygodę. Niektórzy skupiają się na opowieści. Inni czytają całość, i biorą z niej inspiracje na później. Rezerwują sobie czas na eksperymenty. Wiadomo: jeżeli czytają wieczorem przed snem, to raczej nie stwierdzą: “Wow, jaki świetny eksperyment, natychmiast wychodzimy z domu, żeby go przeprowadzić”. To raczej będzie zadanie na najbliższy spacer, kiedy będzie dostęp do karuzeli czy trampoliny.
Wszystkie ciekawostki i eksperymenty nawiązują do tego, co dzieje się w fabule. Wiele rzeczy można łatwo sobie wyobrazić albo przetestować, żeby lepiej zrozumieć bardziej skomplikowane części przygody.
MBZ: Skoro tę książkę warto czytać razem z dzieckiem, to może twoi czytelnicy mają też pomysły na to, jak rozmawiać z dziećmi o Kosmosie? Dla większości rodziców te pytania będą trudne.
JH: A pomyśl, jakie trudne są rozmowy na temat zdrowia! Widzę to po mojej żonie. Ona jako pediatra ma właśnie takie poważne i trudne rozmowy. Ja jestem w komfortowej sytuacji, bo Kosmos to coś, co działa na wyobraźnię i inspiruje.
Jeżeli mógłbym coś doradzić, to najlepiej w rozmowach starać się traktować dzieciaki jak dorosłych. Jeżeli znam odpowiedź na ich pytanie związane z Kosmosem, to po prostu na serio z nimi pogadam. Trudniejsze rzeczy wyjaśnię na przykładach, użyję słów, które będą zrozumiałe dla sześcio- czy dziewięciolatka.
Dzieci mają niewiarygodnie elastyczne i twórcze umysły. Czasami opowiadam na wykładach o podróży na Marsa. Pytam: “Czy wiecie, jak długo leci się na Marsa?”. Dzieciaki coś wymyślają, i w końcu dochodzimy do tego, że podróż trwa kilka miesięcy. A potem pytam: “A wiecie, jak długo działa rakieta kosmiczna? Maksymalnie 20-30 minut”. Konsternacja. “W takim razie jak można lecieć tak długo rakietą, która działa tak krótko?”. I zawsze jest kilku cwaniaków, którzy wymyślą dokładnie, jak to ma zadziałać. Newton głowił się nad tym 300 lat temu, liczył, pisał wzory. A dziś zawsze znajdzie się na sali dziecko, które wymyśli dokładnie to samo.
Kiedyś na wykładzie takie cwane dziecko wymyśliło rakietę wielostopniową. Czyli pomysł Ciołkowskiego na to, jak mają działać rakiety. Rozmawialiśmy o tym, że z Ziemi trudno się startuje, bo jest gęsta atmosfera. I jakiś jedenastolatek przedstawił swój autorski pomysł, który właśnie wymyślił, że rakieta powinna składać się z kilku członów. Czyli sam wymyślił technikę rakietową. To jest nieprawdopodobne, jak dzieci potrafią zdrowym rozsądkiem dochodzić do rozwiązań, nad którymi dorośli głowili się latami.
MBZ: Jakie były najbardziej zaskakujące i niespodziewane pytania o Kosmos, które pojawiły się na twoich wykładach?
JH: Podczas rozmowy o Marsie zastanawialiśmy się, co zrobić z faktem, że są tam słabe warunki do życia i najpierw musimy wymyślić jak tam przetrwać. Pojawiły się pomysły: “W takim razie trzeba genetycznie zmienić człowieka” albo “Poczekajmy, aż wyewoluujemy tak, żeby móc tam żyć”. To już są poważne, filozoficzne tematy.
Innym razem opowiadałem o tym, jak trudno jest wydostać się z ziemskiej atmosfery. I ktoś zadał pytanie: “Skoro ucieczka z Ziemi jest taka droga i skomplikowana, to dlaczego nie budujemy fabryk w przestrzeni kosmicznej albo na innych planetach. Tam są wszystkie potrzebne materiały”. Dziesięciolatek wymyślił górnictwo kosmiczne. Przecież Jeff Bezos już od jakiegoś czasu mówi, że powinniśmy wynieść cały przemysł w Kosmos.
MBZ: Mówiłeś, że w science fiction najbardziej interesują cię te rozwiązania, które są najbliższe naszemu aktualnemu stanowi nauki. Myślisz, że kiedyś będziemy eksplorować kosmos w taki sposób jak bohaterowie twojej książki?
JH: To by wymagało stworzenia odjechanych technologii, które w “Przygodonautach” są tym elementem bardziej “fiction” niż “science”.
Raczej zakładam, że będziemy eksplorować Układ Słoneczny przy pomocy takich napędów, jakie mamy obecnie, albo przy pomocy tych silników atomowych, o których mówiłem.
Jakiś czas temu czytałem biografię Michaela Collinsa – trzeciego astronauty z misji Apollo 11, tego który nie lądował, tylko został na orbicie Księżyca. Ta książka bardzo fajnie pokazuje perspektywę pierwszych lat po misjach Apollo. Wtedy wszyscy myśleli: “Byliśmy na Księżycu! To tylko kwestia czasu, aż będziemy tam mieć bazy, a potem polecimy na Marsa”. Wtedy wydawało się, że to kwestia czasu, a dziś jest 2025 rok i okazuje się, że wcale nas na Marsie nie ma. Możliwości techniczne są, ale musiałaby do tego być jeszcze wola polityczna. Czy ona będzie – to pytanie, na które absolutnie nie jestem w stanie odpowiedzieć. Równie dobrze możemy spędzić kolejne sto lat myśląc o tym, że kiedyś byliśmy na Księżycu i może kiedyś polecimy dalej. Moja romantyczna wizja jest taka, że powinniśmy zasiedlać inne światy i budować tam naszą przyszłość, i kiedyś nazywać je domem. I w tej wizji, o ile będzie wola polityczna, załogowa misja na Marsa, a nawet pierwsza kolonia, to coś co wydarzy się jeszcze za mojego życia.
Dziękujemy Wydawnictwu Helion za propozycję przeprowadzenia wywiadu z Autorem i egzemplarz recenzencki książki “To jakiś kosmos! Przygodonauci i Układ Słoneczny”.
Zainteresowało Cię to, co czytasz? Chcesz wiedzieć więcej? Śledź nas na Facebooku, i – pozwól, że wyjaśnię!