Szereg pustych szklanych ampułek

Dlaczego ludzie nie wierzą nauce i co z tym zrobić?

Czas czytania w minutach: 11

Tym razem będzie trochę inny wpis. Zamiast opisywać i wyjaśniać jakieś zjawisko naukowe, chciałbym podzielić się z Wami moimi przemyśleniami na temat tego, dlaczego tak wielu ludzi nie wierzy naukowcom i daje się nabrać hochsztaplerom. Brzmi interesująco? Zapraszam do lektury!

Pseudonauka i inne problemy

Czytacie tego bloga, co oznacza, że korzystacie z internetu. Śmiem więc zaryzykować stwierdzenie, że co najmniej raz – a pewnie więcej – napotkaliście artykuły, w których autor przekonywał swoich czytelników, że lekarze i naukowcy się nie znają, ale on znalazł wyjątkowy, jedyny skuteczny sposób na rozwiązanie problemu X. Jeśli ktoś wyrażał w komentarzach swój sceptycyzm, natychmiast był zakrzykiwany i często oskarżany o czerpanie korzyści finansowym, a w każdym razie przynależność do spisku mainstreamu. Jeśli śledzicie strony anglojęzyczne – w Polsce szczęśliwie jeszcze tego typu ruchy są marginalne i ciche – mogliście się nawet natknąć na płaskoziemców i kreacjonistów.

Dlaczego tak wielu ludzi im wierzy? Dlaczego nie wierzą naukowcom? Dlaczego zdaje się, że od czasu upowszechnienia dostępu do internetu sytuacja się nie poprawiła, tylko pogorszyła? Przyczyn jest moim zdaniem wiele. I zacznę od wrzucenia kamyka do własnego ogródka: za część problemu odpowiadamy my, naukowcy.

Wina naukowców?

W jaki sposób? Niestety, wielu z nas (naukowcom) kiepsko idzie wyjaśnianie wyników naszych badań i osiągnięć nauki laikom. To z kolei wynika z wielu kwestii. Przede wszystkim, jak sądzę, wynika to z systemu oceny pracowników uczelni. Otóż podstawą tej oceny są publikacje naukowe. Ważne jest, ile ich udało się w ostatnim czasie opublikować i w jakich czasopismach. Na pierwszy rzut oka jest to zrozumiałe: publikacje naukowe są podstawowym sposobem porozumiewania się naukowców. Im ktoś więcej i lepszych publikacji wypuści, tym – prawdopodobnie – jest bardziej rozpoznawalny w środowisku.

Niezależnie od tego, czy mówimy o ocenie dorobku do habilitacji/profesury, czy o ocenie wniosku grantowego, czy o zwykłej ocenie okresowej pracownika, przede wszystkim zwraca się uwagę na tzw. wskaźniki bibliometryczne. Innymi słowy: na ocenę naukowca zasadniczo nie wpływa to, czy podejmuje on próbę wyjaśnienia wyników swoich badań laikom.

Z drugiej strony – pytanie, w jakim stopniu da się je wytłumaczyć laikom. Warto pamiętać, że w czasach, gdy na popularne wykłady naukowców przychodziły tłumy1Niejednokrotnie płacąc za udział, niczym za spektakl teatralny!, naukowcy opowiadali i demonstrowali, jak i do czego można wykorzystać prąd elektryczny czy gaz rozweselający.

Gdybyśmy dziś mieli organizować wykład na temat naszych badań, to mógłby to być wykład poświęcony wzajemnemu oddziaływaniu dwóch egzotycznie nazwanych białek, albo teorii strun… I tak Fenyman miał kiedyś powiedzieć, że jeśli nie potrafimy wyjaśnić wyników naszych badań przeciętnemu licealiście, to znaczy, że sami ich do końca nie rozumiemy… Ale jednak trzeba zauważyć, że z czasem te wyniki stają się coraz trudniejsze do zrozumienia. W sumie przekłada się to na obraz: “naukowcy siedzą w swoich wydumanych bańkach i nie wiedzą nic o prawdziwym świecie”. Nie jest to obraz, który sprzyjałby zaufaniu do naukowców.

I tak i nie

Do tego dokłada się fakt, że naukowcy są często uznawani za mistrzów udzielania skomplikowanej odpowiedzi na proste pytania. Sęk w tym, że te pytania tylko pozornie są proste, a naukowiec na ogół nie chce dać odpowiedzi, która będzie wprowadzała w błąd – w przeciwieństwie do rzeszy promotorów spiskowych teorii dziejów, którzy na wszystko mają bardzo łatwą odpowiedź. Przykład? Proszę bardzo. Pytanie: czy szczepionki na COVID powodują zakrzepy? Proste pytanie, prawda? Prosta odpowiedź brzmi: tak. I taką odpowiedź usłyszycie od antyszczepionkowca. Jak będzie się starał nadać jej pozory rzetelności, dorzuci jeszcze do tego jakieś wartości liczbowe, niekoniecznie zmyślone – bo faktem jest, że szczepionka wywołuje takie problemy.

A odpowiedź bardziej skomplikowana? Cóż, szczepionka powoduje zakrzepy. W wypadku zakrzepów mózgu, w zależności od firmy, zaobserwowano 4 lub 5 przypadków zakrzepów na milion zaszczepionych, ±1. Dla porównania, wśród miliona losowych osób o tym samym wieku i rozkładzie płci w tym samym czasie stwierdzono 0.4 przypadku na milion. Czyli szczepionka daje dziesięciokrotny wzrost prawdopodobieństwa zakrzepu! Ale… W wypadku osób, które przechorowały COVID, stwierdzono około 40 przypadków zakrzepów, plus-minus kilkanaście, w ciągu dwóch tygodni od wyzdrowienia. Jako że bez szczepień zdecydowana większość populacji przechoruje COVID, to szczepionka znacząco zmniejsza prawdopodobieństwo zakrzepów, ponieważ chroni przed samą chorobą.

Można stwierdzić, że odpowiedź “Tak”, to sama prawda i tylko prawda. Ale dopiero odpowiedź, którą tu napisałem, jest całą prawdą, a przynajmniej całą, którą aktualnie znamy. Jednak jest zdecydowanie bardziej skomplikowana, niż odpowiedź “tak”, i przez wielu zostanie uznana za próbę “mydlenia oczu”.

Wina szkoły?

Zwróćcie uwagę, że napisałem właśnie o całej znanej nam w tej chwili prawdzie. I tu pojawia się kolejny problem. Wielu uważa, że to, że naukowcy zmieniają zdanie, jest jasnym dowodem na to, że naukowcy nie wiedzą, co mówią. Tymczasem jest dokładnie odwrotnie. I w moim przekonaniu za tę niewiedzę można obwinić system szkolnictwa, który naukę przedstawia jako zbiór faktów, ewentualnie zbiór ich powiązań, a nie jako proces dochodzenia do tych faktów i powiązań. A nauka jest właśnie tym drugim. Zresztą w ogóle systemowi szkolnictwa można postawić więcej zarzutów. Nie tłumaczy wystarczająco dużo, czym są “teoria” i “hipoteza”, i że w języku naukowym zwłaszcza to pierwsze oznacza coś zupełnie innego, niż w mowie potocznej2I stąd mamy potem wysyp krytycznych uwag “to tylko teoria”.. Metoda naukowa? Zapomnijcie.

A przecież wytłumaczenie, jak działa nauka, nie jest trudne. Zaczynamy od obserwacji jakiegoś zjawiska. Następnie wymyślamy hipotezę – propozycję wyjaśnienia, ja i dlaczego to zjawisko przebiega. A później – wymyślamy szereg eksperymentów, mających na celu obalenie przyjętej hipotezy. Jeśli żaden z nich jej nie obali, dzielimy się hipotezą i wynikami eksperymentów z innymi naukowcami, którzy też będą próbowali ją obalić. Komuś się to uda – wymyślamy lepszą hipotezę. Jeśli nie – to taka gruntownie przebadana hipoteza awansuje do rangi teorii. Oczywiście zrobienie tego wszystkiego bywa trudne, nawet bardzo. Ale wytłumaczenie, jak działa? Chyba nie.

Żadna teoria nie jest bezpieczna 

Co ważne – to od razu pokazuje, dlaczego naukowcy zmieniają zdanie, i dlaczego to dowodzi, że nauka działa. Do przekonania naukowca, że hipoteza, czy nawet teoria, jest błędna, nie potrzeba dużo. Wystarczy pokazać wyniki poprawnie zaplanowanych i przeprowadzonych doświadczeń. Co ważne: żadna teoria nie jest “bezpieczna”. I co jeszcze ważniejsze: nauka jest jednym z nielicznych, jeśli nie jedynym polem ludzkiej działalności, na którym premiowane jest kwestionowanie autorytetów. Im bardziej ugruntowaną teorię, im bardziej ugruntowane prawo uda się obalić, tym “premia” jest większa.

Dlaczego Einstein jest jednym z najsłynniejszych naukowców w historii? Owszem, był geniuszem, temu nikt nie zaprzecza. Ale geniuszy było więcej, Einstein – tylko jeden. Jest on zaś powszechnie znany właśnie dzięki temu, że podważył paradygmat podstawowych zasad mechaniki, sformułowanych przez Newtona3Oczywiście, jeśli poruszamy się z niewielkimi prędkościami i daleko od obiektów o masie gwiazdy lub większej, to zasady Newtona działają wystarczająco dobrze. A o tym, co dokładnie oznacza odkrycie Einsteina, przeczytacie u nas w przyszłości!.

Ostatnio argument dotyczący naukowców zmieniających zdanie był szczególnie często podnoszony w kontekście pandemii, środków zapobiegawczych i szczepionki. Ile razy słyszeliście “najpierw mówili, że maseczki nic nie dają, teraz, że trzeba je nosić”, albo “szczepionka miała być bezpieczna, a powoduje zakrzepy”? No cóż. To jest kwestia wydawania zaleceń, które są potrzebne na dziś lub nawet na wczoraj, na podstawie niepełnych danych: gdy dane są uzupełniane, zalecenia mogą się zmienić. Dodatkowo, w wypadku szczepionki, mówimy tu o kwestii skali – a warto zauważyć, że ludzie ogólnie mają problem z rozumieniem dużych liczb. Szczepionka była testowana na 40 000 ochotników – co i tak było dużą skalą. Natomiast częstotliwość zakrzepów w mózgu to około 4-5 przypadków na milion… Więc nie ma znaczenia, jak długo trwałyby testy, w grupie testowanej4z której połowa przyjęła szczepionkę, a druga placebo należałoby się spodziewać około 0.1 dodatkowego przypadku zakrzepu.

Błędy poznawcze

Kolejnym problemem, wpływającym na to, że łatwo wierzymy szarlatanom i wyznawcom teorii spiskowych, są błędy poznawcze, o których już u nas mogliście przeczytać. A wśród nich ten moim zdaniem najważniejszy w tym wypadku: efekt Dunninga-Krugera. W skrócie: gdy wiemy niewiele, mamy tendencję do przeceniania swojej wiedzy. Gdy wiemy dużo, mamy tendencję do niedoceniania swojej wiedzy. Jeśli dodać to do naszej – na co dzień bardzo ważnej! – tendencji do polegania na intuicji, dostajemy przepis na katastrofę. Bo trzeba pamiętać, że w nauce – tam, gdzie wkraczamy na nieznane terytoria – intuicja często zawodzi.

Nie uchronił się przed tym wielki Galileusz. Wprawdzie eksperymenty ze zrzucaniem przedmiotów o różnej wadze z Krzywej Wieży to najprawdopodobniej apokryf, ale rzeczywiście mierzył on relację czasu opadania – czy właściwie staczania po pochylonej nawierzchni – do drogi i masy. A zaczynając te eksperymenty, był przekonany, że szybkość opadających przedmiotów będzie proporcjonalna do przebytej drogi. Okazało się, że był w błędzie, a szybkość jest proporcjonalna do przebytego czasu i do kwadratu przebytej drogi. Był jednak naukowcem, więc nie był przywiązany do tego, co mu podpowiada intuicja. Gdy wyniki badań okazały się sprzeczne z intuicją – zaakceptował to.

Gdy w komentarzach w internecie przeczytacie: “To przecież oczywiste, że…”, “do tego nie potrzeba żadnych naukowców, przecież wiadomo, że…” i tak dalej, to z dużym prawdopodobieństwem trafiacie na kogoś, kto za bardzo polega na własnej intuicji. Przykład? Proszę bardzo. “To przecież oczywiste, że dobudowanie dodatkowych pasów do dróg zmniejszy korki”. Intuicyjne? Oczywiście. Prawdziwe? Niekoniecznie. Jest to dość znany paradoks, który mówi, że otwarcie nowej drogi potrafi korki zwiększyć, zamiast zmniejszyć. Dajcie znać, czy jesteście zainteresowani, to kiedyś taki paradoks, i jeszcze kilka innych, chętnie opiszę. Istotne jest to, że wiele rzeczy, które wydają nam się logiczne i oczywiste, może w rzeczywistości działać zupełnie inaczej. Natomiast próba wprowadzania w życie zdroworozsądkowych rozwiązań sprawi, że prawo niezamierzonych konsekwencji nam dokopie.

Kwestia skali

Blisko związany z tym, co przed chwilą napisałem, jest fakt, że ludzie nie za dobrze radzą sobie nie tylko z wielkimi liczbami, ale i ze skalą. Łatwo przenoszą też obserwacje z jednej skali na drugą, zaniedbując całą masę innych efektów. Ten efekt najlepiej widać w przypadku płaskoziemców. Jednym z ich najważniejszych argumentów jest to, że woda nie przylega do szybko obracającej się sfery, co wykazują na przykładzie piłeczki tenisowej. I faktycznie, jeśli mokra piłeczka będzie wirowała z taką samą prędkością liniową, jak Ziemia, to woda rozchlapie się na wszystkie strony. Ale Ziemia jest większa od piłeczki. Dużo, dużo większa. Na tyle dużo, że nie można pominąć jej pola grawitacyjnego…

Dodajmy tu jeszcze problem z dowodem anegdotycznym. Dowód anegdotyczny opiera się na jakimś konkretnym przypadku, który niekoniecznie jest reprezentatywny dla ogółu. Jeśli widzicie w internecie, że ktoś podważa dowody naukowe, zaczynając od słów “a mój wujek…” czy coś takiego, to znaczy, że stosuje dowód anegdotyczny. I niestety, tego typu dowody często przemawiają do ludzi bardziej, niż dane statystyczne – między innymi dlatego, że ludzie mają problem ze zrozumieniem skali. Bo wiecie, cóż to jest milion ludzi, gdy po drugiej stronie jest czyjś wujek Staszek…

Weryfikacja

A przecież nie chodzi o to, że wujek Staszek jest zmyślonym przypadkiem. Może być akurat tym wyjątkowym palaczem, który dożył setki. Jednak przypadek jednostkowy nie obala całokształtu zebranych danych5Jak to mówią anglojęzyczni – “data is not the plural of anecdota”. Gorzej, gdy szarlatani prezentują wyniki badań, które jednoznacznie wskazują na ich rację. Dlaczego gorzej? Ponieważ dowód anegdotyczny jest stosunkowo łatwy do wyłapania. Gdy ktoś rzuci tekstem, który na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie naukowego, jego weryfikacja jest znacznie, znacznie trudniejsza – i w moim przekonaniu właśnie dlatego czasem na teorie spiskowe dają się nabrać ludzie, po których byśmy się tego w ogóle nie spodziewali. Można by powiedzieć, że wracamy do problemu systemu edukacji, ale tutaj moim zdaniem kwestia jest dużo bardziej złożona. Dlaczego?

Otóż nie da się wiedzieć wszystkiego. Nawet światowej sławy specjalista w jednej dziedzinie, w wielu innych będzie laikiem. A tymczasem ocena rzetelności publikacji, która wygląda na naukową, wymaga często sporej wiedzy. I znów wrócimy do przykładu szczepień na COVID. Jeśli ktoś nie wie, co to jest mRNA i jaka jest jego stabilność, albo czym się różni transkrypcja od translacji, to nie ma podstaw, żeby oceniać rzetelność artykułu opisującego działanie – bądź też “działanie” – szczepionki. Żeby nie dać się oszukać, nie ma wyjścia: musi zaufać specjalistom w dziedzinie.

Zaufanie

Ale naprawdę? Zaufać Big Pharmie? Zaufać siedzącym jej w portfelu naukowcom, zamiast tym kilku niezależnym, którzy mówią, jak jest? Dokładnie tak. Tak samo, jak nie weryfikujecie sami projektu metalowej rury, która ma Was wynieść na 12 kilometrów i rozpędzić to 800 kilometrów na godzinę. Ufacie, że specjaliści z Big Aerospace odwalili swoją robotę i samolot nie spadnie. Podobnie nie weryfikujecie setek innych przykładów nauki i techniki obecnych w naszym codziennym życiu.

W wypadku nauki, o ile nie jesteście przynajmniej z grubsza obyci w dziedzinie, jesteście skazani na poleganie na tym, co Wam powiedzą eksperci. Ale tu może się pojawić pytanie: dlaczego często mamy wrażenie, że jedna strona mówi swoje, druga – swoje? Dlaczego eksperci nie chcą stanąć do debaty z “niezależnymi”? Przecież ci “niezależni” ich do tego niejednokrotnie wzywają? Czy nie po tym właśnie można rozpoznać prawdziwego eksperta, że jest do takiej debaty gotowy?

Niestety nie. I to jest jeden z największych problemów. Owszem, to prawda, że specjaliści, którzy wprawdzie starają się obalić teorie spiskowe, ale unikają debaty, mogą się przyczynić do odbierania hochsztaplerów jako tych, którzy są prawdziwymi specjalistami. Ale debaty moim zdaniem przyczynią się do czegoś jeszcze groźniejszego. Do legitymizacji poglądów tychże hochsztaplerów. Wyobraźmy sobie debatę światowej sławy geografa, doktora Iksińskiego, z doktorem Igrekowskim, zwolennikiem teorii płaskiej Ziemi. Jaki będzie efekt? W komentarzach płaskoziemców zaczniecie czytać: “Pęka monolit! Środowisko naukowe jest podzielone w kwestii płaskiej Ziemi!”.

Podział środowiska

A tymczasem środowisko naukowe jest podzielone w wielu sprawach, ale w wielu innych nie jest. I tu trzeba dobrze zrozumieć, co to znaczy “środowisko naukowe jest podzielone”. Otóż: jeśli stu naukowców mówi jedno, a jeden mówi coś innego, to to nie jest podzielone środowisko. To jest sytuacja, która daje nam dwie możliwości. Albo ten jeden przedstawi swoje tezy wraz z przekonującymi dowodami – casus Einsteina – a pozostała setka zmieni zdanie; albo ten jeden jest w błędzie.

Ale tu można zadać sobie pytanie: skąd w ogóle ten jeden, który jest w błędzie? Skąd ten doktor Igrekowski, zwolennik teorii płaskiej Ziemi, skąd lekarze i naukowcy – antyszczepionkowcy? Jeżeli tacy w ogóle istnieją, to czy to nie jest wystarczający dowód na to, że ich tezy są przynajmniej racjonalne?

Nie jest. Musicie pamiętać przede wszystkim o tym, co pisałem już wcześniej: specjaliści – z definicji – specjalizują się w konkretnej dziedzinie. W innych – wcale nie muszą być lepsi od przeciętnych. Spójrzcie na przykład na Linusa Paulinga, jednego z najsłynniejszych amerykańskich chemików, dwukrotnego laureata nagrody Nobla6Raz z chemii, raz – pokojowego. Jego wielkie zasługi na polu chemii są nie do podważenia. Jednak jego opinia, że spożywanie co dzień olbrzymich ilości witaminy C niezawodnie uchroni człowieka przed całą gamą chorób, od przeziębienia do raka… No cóż, pozostaje tylko jego opinią.

Niedziałające testy?

Nieco inaczej wygląda kwestia Kary’ego Mullisa, wynalazcy metody PCR. Był on ostatnio cytowany na wielu COVIDosceptycznych stronach. Miał stwierdzić, że – w uproszczeniu – testy PCR nie działają, a na pewno nie nadają się do diagnostyki medycznej. Jedna sprawa to fakt, że ten cytat jest przekłamany. Druga – no cóż, nie jest wielką tajemnicą fakt, że wiele poglądów Mullisa było dość… Kontrowersyjnych. Twierdził on na przykład, że na spacerze w lesie spotkał świecącego szopa pracza z kosmosu. Czy to od razu oznacza, że nie mógł mieć racji co do stosowalności testów PCR w diagnostyce?

Nie, nie oznacza. Mógł mieć rację. To tylko oznacza, że nie należy na ślepo przyjmować za pewnik czegoś, co powiedział znany naukowiec. Wielcy też mogą błądzić. Natomiast znów, jak nieco wyżej pisałem – jeśli cała rzesza naukowców mówi to samo, a jeden mówi coś innego, to warto słuchać tego, co powie większość. Na przykład jeśli większość twierdzi, że testy PCR nadają się do diagnostyki – to raczej wie, co mówi. Zwłaszcza, gdy cytat pochodzi sprzed dłuższego czasu.

Dotyczy to zarówno cytatu z Mullisa na temat PCR, jak też na przykład tego (również powtarzający się często) o koronawirusach, które wywołują tylko niegroźne przeziębienie. Fakt, jest to cytat z podręcznika dla studentów. Wydanego w 1973 roku. W nauce pięćdziesiąt lat to nawet nie epoka, a kilka epok. Warto wspomnieć, że zakażenia wirusem HIV po raz pierwszy zaobserwowano w roku 1981… Ale cytaty z naukowców, zwłaszcza wyrwane z kontekstu, są świetnym orężem w rękach hochsztaplerów i propagatorów teorii spiskowych.

Kwestia ceny

No i jest jeszcze jedno, niestety najgorsze, możliwe wyjaśnienie, dlaczego niektórzy naukowcy – czy szerzej, ludzie wysoko wykształceni – przekazują rozmaite spiskowe teorie. Wyraża się ona jednym znakiem: $. Smutna rzeczywistość jest taka, że wielu “spiskowych celebrytów” na tym po prostu zarabia. Ot, chociażby słynny Andrew Wakefield, autor pracy, w której udowadniał, że szczepionki wywołują autyzm. Za przygotowanie tej pracy zainkasował przeszło 400 tysięcy funtów od prawników rodziców domagających się odszkodowań od koncernów farmaceutycznych. Udało się wykazać, że praca została sfałszowana – co przy okazji pokazuje, że nauka ma mechanizmy samooczyszczania. Wakefielda pozbawiono prawa wykonywania zawodu lekarza, ale ruchy antyszczepionkowe nie pozwolą mu umrzeć z głodu. Na naszym rodzimym podwórku też bez problemu znajdziecie szereg szarlatanów, którzy nie muszą wierzyć w to, co mówią, żeby zarobić na tym niezłe pieniądze.

Co na to poradzić?

I tak docieramy do końca. Wiecie już, dlaczego moim zdaniem ludzie wierzą w różne dziwne teorie. Co możemy zrobić, żeby się przed tym uchronić? Jest kilka możliwości. Przede wszystkim, warto szukać rzetelnej wiedzy. Staramy się Wam ją przekazywać tutaj – znajdziecie też u nas za jakiś czas odpowiedzi na co ciekawsze argumenty zwolenników różnych teorii spiskowych. Jest też oczywiście wiele innych stron i autorów popularnonaukowych, których warto czytać. Warto szukać specjalistów w dziedzinach, co do których macie wątpliwości. Można wziąć udział w szkoleniach – często bezpłatnych – dotyczących identyfikacji i zwalczaniu fake newsów w mediach.

Jeśli przeczytacie coś, co ma pozory sensowności, ale idzie wbrew ogólnie przyjętym teoriom – warto sięgnąć do stron factcheckingowych. Ich wiarygodność można poznać po tym, na jakie źródła się powołują. Jeśli ktoś przywołuje w internetowych komentarzach jakiś artykuł z uznanego czasopisma, albo jakieś nowe przepisy prawne, warto tam zerknąć i sprawdzić, czy rzeczywiście w źródle napisane jest to, co ktoś twierdzi, że jest7Zdarzało mi się sprawdzać. W źródle albo było o czymś innym, albo też było dokładne zaprzeczenie tego, co propagandysta COVIDosecptyczny twierdził – ale to temat na inny artykuł. I wreszcie – moim zdaniem nie warto wdawać się w długie dyskusje. Zostawić swoje argumenty i iść dalej. Przekonanych i tak nie przekonacie.

Ważne jest to, żebyście sami nie ulegli propagandzie, a jeśli dacie radę dokształcić kogoś, kto nie wie, w co wierzyć, to tym lepiej. A to ostatnie szczególnie dotyczy dzieci. W dłuższej perspektywie najskuteczniejsza obroną przed manipulacjami jest odpowiednie kształcenie dzieci. Nie tak, żeby im wtłoczyć do głowy masę faktów, ale żeby nauczyć je znajdować fakty i na ich podstawie wyciągać wnioski. Innymi słowy – nauczyć je krytycznego myślenia. Rzecz jasna, powinno być to wspólne zadanie rodziców i szkół – ale to też temat do poruszenia przy innej okazji. Tymczasem  nie dajcie się fake newsom!




5 1 vote
Oceń artykuł
Powiadom mnie!
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments